Print

PRZEGLĄD MIEJSC: DZIKA OSTOJA

Szczecin / 13 Gru, 2015

WSZYSTKO ZA ŻYCIE ZWIERZĄT

Marzena kupuje kilogramy paszy zamiast nowej torebki, a Michał dogląda pupili 24H/7. Fundacja Na Rzecz Zwierząt „DZIKA OSTOJA” to często jedyny ratunek dla leśnych zwierzaków, które wpadły w tarapaty. Poznajcie wyjątkowych ludzi, którzy poświęcili im wszystko!

LUDZIE Z MISJĄ

Kocham swoją pracę i Warszawę, którą od dłuższego czasu traktuję jak dom. Jednak kiedy życie z roku na rok nabiera tempa, a obowiązki wypełniają mój czas do tego stopnia, że najlepszej przyjaciółce po raz kolejny muszę odmówić wspólnej kawy – zaczynam tęsknić za powrotem do korzeni i zaszyciem się w jakiejś głuszy na zawsze 😉 Chociaż robię wszystko, żeby być blisko natury (dosłownie ZWARIOWAŁAM na punkcie swojego kota! 😀 ), przyznaję, że prędzej podałabym z pamięci cenę hummusu w ulubionej restauracji, niż liczebność zagrożonych gatunków zwierząt. Znacie to, prawda? To nie kwestia ignorancji ani złej woli. Ogromnie chciałabym pomóc im wszystkim, ale codzienność niestety bardzo łatwo absorbuje. Kiedy jednak wpadam w pułapkę myślenia „o bzdurach”, przywołuję się do porządku i odwiedzam takie miejsca, jak Fundacja Na Rzecz Zwierząt „DZIKA OSTOJA” w Wielgowie pod moim rodzinnym Szczecinem. Niedawno miałam nawet okazję włożyć trochę serca i trudu w jej działania 🙂

Z radością wzięłam udział w charytatywnej akcji Fundacji „DZIKA OSTOJA”. Na planie pozowałam do zdjęć i… całowałam węża pończosznika!

Print Print

 

Fotografka Marta Machej zaprosiła mnie do udziału w tworzeniu wspaniałego, charytatywnego kalendarza na 2016 rok, który już możecie kupić! Jego cena to 50 zł, a dochód ze sprzedaży każdego egzemplarza powędruje na konto Fundacji. I na pewno zostanie dobrze wykorzystany 🙂 Praca na planie była dla mnie wspaniałą przygodą: Michał opowiadał o każdym zwierzaku, a wąż pończosznik nawet dał się… pocałować 😀 Wszyscy zaangażowani w projekt, wzięli w nim udział bezpłatnie (włącznie z drukarnią!). Nam też zależy na losie podopiecznych „DZIKIEJ OSTOI” i pokazaniu, że warto pomagać 🙂 Marzena Białowolska i Michał Kudawski w  przeciwieństwie do tysięcy ludzi w ich wieku, nigdy nie zastanawiali się, jak zmienić pasję w duże pieniądze, a wolnej chwili zamiast odświeżać Snapchata, karmią małe liski 🙂 Ich biografie to przykład tego, że zagraniczna korporacja albo własny biznes w modnej dzielnicy miasta to niejedyny pomysł na życie. Fundacja powstała w wyniku przekształcenia Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w czerwcu 2014 roku. Zajmuje się nie tylko opieką nad naszymi „mniejszymi braćmi” (zdarza się tu nawet 300 osobników jednocześnie!) i ich leczeniem, ale też edukowaniem i uświadamianiem lokalnej społeczności. Jej założyciele podkreślają, że wśród ludzi pokutuje mnóstwo obiegowych opinii na temat świata przyrody, które warto „prostować” – począwszy od popularnego mitu o bocianie zajadającym się żabami (w rzeczywistości wcale ich nie lubią 😉 ).

Marzena żartuje, że zwierzęta gryzą, drapią i nie mówią „dziękuję”, ale satysfakcja z tego, że dzięki Fundacji mogą przeżyć, jest najpiękniejszym uczuciem na Ziemi.

Print Print

Niestety ośrodek nie jest w tym momencie wystarczająco wspierany przez władze samorządu. Chociaż jego założyciele pomagają zwierzakom z całego województwa, na co dzień Fundację utrzymują wyłącznie z prywatnych datków.  Marzena i Michał przywożą do Fundacji chore osobniki, np. potrącone przez nieuważnego kierowcę na drodze, karmią je i leczą, a później wypuszczają. Wśród „gości” fundacji znajdują się m.in. sokoły, czarne łabędzie, nutrie, czy lisy. Brak pieniędzy to dla takiej organizacji bardzo poważny problem. Marzena śmieje się, że każdy pięćdziesięciozłotowy złotowy banknot przelicza w myślach na ilość paszy. Zwierzęta wprawdzie nie podziękują za otrzymaną pomoc, (a bywa, że potrafią porządnie podrapać), ale nic nie równa się satysfakcji z obserwowania myszołowa, który odlatuje „do siebie”. Oczywiście zataczając na do widzenia kilka kółek nad opiekunami 🙂 Niedługo spełni się jednak marzenie założycieli i Fundacja otrzyma od szczecińskiego Zarządu Budynków i Lokali Komunalnych nowy teren. Będzie nie tylko więcej miejsca dla leczonych zwierząt, ale też przestrzeń na park, małe ZOO i salę na warsztaty dla szkół. Teraz w planach jest zakup konika polskiego, który świetnie się sprawdza w terapii niepełnosprawnych dzieci.

MARCHEWKA CZY BUTY

Marzena od najmłodszych lat kochała zwierzęta. Tato leśniczy często zabierał ją ze sobą do pracy w terenie, skąd nieraz wracali z ranną sarną w bagażniku. Chociaż już jako 4-latka nauczyła się zakładać chorym zwierzakom wenflon, na weterynarię wybrała się dopiero niedawno. Kilka lat temu przygarnęła do domu łabędzia Gucia – uczyła go pływać w oczku wodnym i leczyła jego uciążliwy katar. Chociaż niektórzy pukali się w czoło (ba, nawet weterynarze rozkładali bezradnie ręce), Marzena po niedługim czasie wypuściła na wolność silnego, zdrowego ptaka. Kiedy w tamtym czasie szukała pomocy, dostała telefon do Michała. Żartuje, że skontaktowanie się z nim zajęło jej tak niemiłosiernie długo, że kiedy wreszcie się spotkali, nakrzyczała na niego, że już nie jest potrzebny 😀 Na szczęście ich drogi się nie rozeszły i do dzisiaj walczą wspólnie o każde, nawet najmniejsze życie.

 Marzena i Michał w dzieciństwie zamiast grać w gry z rówieśnikami, pielęgnowali ranne kaczki. Dzisiaj też oboje wolą karmić małe jeże, niż chodzić na imprezy.

Dogadują się bez słów: Michał jako kilkulatek też wolał opatrzyć złamane skrzydło kaczki, niż grać w gry na konsoli. Marzena przyznała mi, że na rzecz zwierząt zrezygnowała z sukienek i imprez. I nigdy nie była szczęśliwsza! Nie ma jednak łatwo. Od rana do wieczora zarabia na życie w etatowej pracy w biurze, potem chwilę biega dla utrzymania kondycji i od razu jedzie do swoich dzikich pupili. Michał jest z nimi 24 godziny na dobę – zawsze gotowy ruszyć z pomocą. Oboje są bardzo skromni i zamiast mówić o sobie, wolą podkreślać sens swojej pracy. Chociaż tłumaczą, że żadne z nich nie rzuciłoby się dla idei pod koparkę, wierzą, że warto bronić wszystkich bijących serduszek. Nawet, jeśli należy do zaskrońca 🙂 Wciąż borykają się z finansowymi problemami, więc doceniają każdy worek marchewki, który – jak mówi Marzena – „cudowni ludzie” zostawiają przed wejściem do Fundacji. Prowadzą Fan Page`a, organizują koncerty charytatywne i realizują takie pomysły, jak sesja do kalendarza, w której wzięłam udział. Codziennie dostają średnio 120 wiadomości i starają się odpisać na każdą. Niestety, doba jest za krótka na wszystko, więc Marzena przyznaje, że jest szczęśliwa, jeśli uda jej się prześpać cztery godziny 😉

Print

ŻYCIOWY CEL

Dlaczego zamiast siedzieć w kinie, Michał półtorej godziny karmi jeżyka o wadze 30 gramów? Kilka minut rozmowy z założycielami „DZIKIEJ OSTOI” i mam pewność – obydwoje są zwyczajnie zakochani w zwierzętach i nie potrafiliby inaczej żyć. Zależy im, żeby ludzie zarazili się miłością do swoich „mniejszych braci”. Według nich każdy, kto spędzi kilka chwil w towarzystwie zwierzaków i zobaczy, jak potrafią się do człowieka przywiązać, nie minie potrąconej na ulicy sarenki i więcej nie wzdrygnie się niechętnie na widok dzikiego lisa. Ludzkie reakcje niestety zbyt często są wynikiem niewiedzy. Założyciele Fundacji potrafią podać wiele przykładów. Kiedyś pewien chłopiec razem z kolegami gnębił na boisku szkolnym jeża, wkładając go do foliowego worka i kopiąc. Kiedy miał okazję zobaczyć rodzinę malutkich jeżyków karmionych przez miniaturowe butelki, rozpłakał się i napisał do „DZIKIEJ OSTOI”, że żałuje swojego zachowania i jest mu wstyd. Obiecał, że kiedy dorośnie zostanie weterynarzem 🙂 Mnie szczególnie ujęła opowieść o orle bieliku – kiedy pielęgnuje się jego pióra, ptak opiera głowę na ramieniu, zupełnie jak dziecko w rękach matki… Słuchając takich historii cieszę się, że mogę pomóc Fundacji. Jeśli historia tego magicznego miejsca wzruszyła Was tak bardzo, jak mnie i chcecie pomóc, wyślijcie wsparcie bezpośrednio na konto bankowe Fundacji (liczy się nawet złotówka!): 84 1300 0000 2732 3848 8000 0001. Tego potrzebują teraz najbardziej. A jeśli wyślecie 50 zł, w prezencie otrzymacie kalendarz. Pamiętajcie, żeby w tytule przelewu wpisać: „kalendarz 2016”. Spieszcie się – jest tylko trzysta egzemplarzy! 🙂 Więcej informacji (i fantastycznych zdjęć!) znajdziecie na Facebooku „DZIKIEJ OSTOI”.

Print Print


8 komentarzy

Dodaj nowy komentarz
  1. Ola

    Przepiękne 🙂 To bardzo miłe, że blogerka decyduje się na taki krok. To bardzo dobrze o Tobie świadczy. A Ostoja – wspaniali ludzie, pozazdrościć poświęcenia – praca ze zwierzętami nie należy ani do łatwych i komfortowych, ale daje mnóstwo satysfakcji. 🙂 Oglądałam całą akcję na snapie i byłam ciekawa efektów – Ty i Vilmarouge cudnie 🙂 Swoją drogą nie wiem czy wzięłabym na ręce taką wielką nutrię 😀 🙂

    • Tamara Gonzalez Perea

      Wzięłabyś, wzięła 🙂 Ostoja łamie wszystkie lody – nawet z ponczosznikami! 😀 Cieszę się, że podoba Ci się ta akcja i jej efekty, praca którą wykonują Ci świetni ludzie jest nieoceniona – warto dołożyć swoją cegiełkę 🙂


Napisz nowy komentarz